foto: Karolina Zajączkowska, wzór: Bolesław Chromry, dla: Magazyn Szum
(english below)
Kiedy jako nastolatek zorientowałem się, że świat to bagno, ludzie kurwy, a miłość spotyka się tylko w snach, z pomocą przyszła muzyka metalowa. Zaczynałem ją stopniowo odkrywać pożyczając pisma muzyczne od kolegi z klasy, przegrywając kasety oraz rysując do nich okładki. Obcowanie z groźnymi minami, wyszczerzonym uzębieniem czy rozkładającymi się ciałami było jedynym sposobem na odreagowanie braku perspektyw i oswojenie samotności. I tak metal w pewien sposób ocalił moje życie, a przynajmniej pomagał mentalnie walczyć z systemem biednej, prowincjonalnej rzeczywistości doby transformacji i początków XXI wieku. W szkole podstawowej zajęcia ze sztuki prowadził nauczyciel od muzyki znający tylko Szopena i Moniuszkę, lektury były tak nudne, że nie dało się ich czytać pod groźną pobicia a większość pedagogów wpajała, że nie jesteś wart funta kłaków, jeśli nie potrafisz rozwiązać zadania z chemii i matematyki długiego na dziesięć kilometrów. Wkraczając w świat artystów, czułem się jak karaluch pośród bohemy rozprawiającej o jazzie i markowych winach. Ze swoim zamiłowaniem do turpizmu, brutalnymi okładkami Cannibal Corpse i morderczymi tekstami Yattering, metal dawał schronienie, poczucie bezpieczeństwa i akceptację ze strony innych słuchaczy, również odrzutków i odmieńców. Oswajał z bestialstwem świata, powodował, że już nic nie mogło mnie zaskoczyć. Metal, a szczególnie black metal nie jest już falą jednej z największych rebelii kulturowych końca XX wieku, w której palono kościoły i mordowano, stał się oswojoną rozrywką klasy średniej, jak określił to Łukasz Orbitowski. Jednak nadal prężnie rozwijają się nurty nawiązujące do korzeni tego stylu i prawdopodobnie co jakiś czas będzie się pojawiać kolejna wariacja niosąca pierwotnego ducha buntu. Wymyśliłem sobie, że obrazy, które namaluję, będą luźną wizualizacją poszczególnych gatunków tej muzyki, zawierającą wszystkie charakterystyczne dla nich elementy: logotypy, maskotki, muzyków, typowych fanów, ekipę techniczną, prototypowe wzmacniacze gitarowe robione na zamówienie muzyków ze wsi czy black/death metalowe machiny do mielenia ludzkiego tałatajstwa. Wizerunek jest przedstawiony w krzywym zwierciadle, bo i jakże z metalu leciutko się nie naśmiewać, jest jednak wyrazem mojej fascynacji i sentymentalnym rozrachunkiem. Obrazy są podane w kwasowym sosie, lecz z nutką narracji, której wcześniej unikałem. Absurd i ironia, będąca sposobem na uśmierzenie powagi egzystencji oraz pseudointelektualnego, pozbawionego humoru bełkotu w sztuce, miesza się z satanistyczną wzniosłością a wiejski folklor z industrialem. Jako były ministrant muszę rozliczyć się z ciemną stroną mocy. Obrazy o metalu są uszczypliwe, zahaczają o symbole powszechnie z nim kojarzone: pentagramy, odwrócone krzyże, a także o elementy pochodzące ze świata prowincji: rzeźby z opon i ozdoby ogrodowe. Rzeźby z jednej strony, ukazują dążenie człowieka do otaczania się czymś własnoręcznie przetworzonym, są próbą odnalezienia piękna w przedmiotach codziennego użytku lub nadania im drugiej funkcji, kiedy są już zepsute. To radosna ingerencja w najbliższe środowisko. Z drugiej strony jest to obraz gustu zniekształconego przez pryzmat biedy (choć pozornej, Olga Drenda w Wyrobach zaznacza, że wytwory z opon, nie wzięły się z niedostatku, lecz z czasów prosperity lat pięćdziesiątych oraz sześćdziesiątych i bumu motoryzacyjnego w Australii/łabędź i USA/flaming). Stąd część obrazów fotografuję w otoczce nawiązującej do wizerunku muzyków metalowych, wykorzystując również kontekst wiejskiego pochodzenia. W ludowym folklorze jest coś halucynogennego i chyba cały Śląsk ma to do siebie, nie tylko Grupa Janowska czy Oneiron, scena muzyczna również ma swoją psychodeliczną autonomię. Począwszy od wykonawców hip-hopowych jak Kaliber 44, po metal właśnie i takich wyróżniających się tekściarzy jak Roman Kostrzewski z legendarnego Kata, czy gromadę zespołów black metalowych z Nihilem, frontmanem Furii na czele.
EN
When as a teenager I realised that life was a total mess, people were fucked up and love existed only in dreams, metal music came with help. I was discovering it bit by bit, be it by borrowing music magazines from one of my classmates, copying cassettes or drawing album covers. Looking at those angry expressions, savagely bared teeth or decaying bodies was the only way of coping with the lack of perspective and of taming loneliness. And that's how metal music saved my life, or at least helped me fight a poor, provincial reality of the transformation era in Poland at the beginning of the 21st century. My art teacher in primary school was, in fact, a music teacher who was familiar only with Chopin and Moniuszko; the reading list was so dull that one wouldn't touch it even with a ten-foot pole, unless threatened with violence; and most teachers were trying to convince you that you were a failure if you couldn't solve a 10-page long task in maths or chemistry. When I entered into the world of artists I felt like a cockroach among the bohemians chatting about jazz and quality wines. Fortunately, metal music, with its love for turpism, with brutal Cannibal Corpse covers and murderous lyrics by Yattering, gave me shelter. And more than that; it also made me feel secure and accepted by other metalheads – often seen as weirdoes and outcasts. Thanks to it, I was getting adapted to the cruelty of the world; I could no longer be surprised and shocked by it. Metal, and black metal in particular, is no longer associated with one of the biggest culture rebellions of the end of the 20th century, whereby people were murdered and churches were burnt down. Metal music became, as Łukasz Orbitowski nicely put it, a domesticated pastime of middle classes. Still, however, the roots of black metal are strong and every now and then give a start to a variation which carries the initial rebellious spirit. So, I had this idea that my paintings should visually represent different metal genres. Such visualizations would obviously feature all the necessary metal attributes, such as a logo and a mascot, the musicians, typical fans, technical staff, prototype guitar amplifiers which were custom-made for the countryside musicians or even black/death metal machines for mincing human filth. Of course, metal music is shown in a distorting mirror here, as it's rather hard not to laugh at it a bit. Generally, however, my works express my fascination with the genre and are a sentimental account of our history together. The paintings are dipped in some acid dressing, yet with a pinch of narration which I used to avoid in the past. Absurd and irony alleviating the seriousness of existence and the pain of listening to the pseudo-intellectual mumbling about art are fused with satanic sublimity, and folklore is mixed with the industrial. As an ex altar boy, I need to settle a score with the dark side of the Force. The paintings about metal are ironic; they feature some of its well-known symbols, like pentagrams or inverted crosses, but they also show some typical countryside elements – ceramic gnomes or old tyre garden installations. On the one hand, such sculptures represent a human need to be surrounded by hand-made objects, a need to find beauty in everyday objects or to change their function when they break down – one might call it a joyful interference in the local environment. On the other hand, though, it can be seen as a lack of good taste fuelled by poverty. That's why I photograph some of my paintings in the scenery which evokes the metal aesthetics, but I also use the countryside scenery – the context of my background. There is something hallucinogenic in folklore and I guess the entire region of Silesia is characterised by it; not only Grupa Janowska or Oneiron. The music scene also has its hallucinogenic autonomy; starting with hip-hop performers, like Kaliber 44, and ending with metal music and its outstanding songwriters, like Roman Kostrzewski from the legendary KAT, or black metal bands, such as Furia with Nihil as a frontman.
http://culture.pl/pl/artykul/radosny-metal-i-wsciekle-kroliki-nowe-malarstwo-ze-slaska#second-menu-3
To, co robi artysta należy odnieść do zupełnie innej kategorii – kategorii ekstatycznej. Każde z działań Marka jest odwróceniem długiej tradycji w sztuce polegającej na ubolewaniu nad faktem bycia żywym – zamiast wpisywania się w nurt bycia nieszczęśliwym, każdy obraz Marka wrzeszczy „jestem żywy i to jest wspaniałe” (...)
http://magazynszum.pl/triumf-wies-dionizje/
Wyróżnienie Magazynu Szum: „Za dojrzałość i wyrafinowany w swojej kampowości język malarski oraz unikalne poczucie humoru. Artysta w swoich pracach w niepodrabialny sposób łączy potoczność z psychodelią, skrawki wernakularnej kultury wizualnej swobodnie składając w barokowe kompozycje godne malarzy z kręgu Oneironu.”
Opinie jury:
Agata Smalcerz:
„Daleko od realnego świata i jego strasznych aspektów sytuuje się malarstwo Marka Rachwalika. Jego stylistyka, z fluorescencyjnymi kolorami, trójwymiarowymi postaciami, wycyzelowanym rysunkiem, dekoracyjnością i surrealną treścią, pochodzi ze świata gier komputerowych czy innych wirtualnych bytów. Tytuły wzmacniają dowcip kompozycji, ale sugerują także, jakoby obrazy te były grafiką użytkową, wykonaną na zlecenie potencjalnych zespołów muzycznych. To zabawna gra z widzem, wnosząca dużo świeżości przez swoją bezpretensjonalność.”
Jerzy Truszkowski:
„(…) za skomplikowaną grę z intertekstowymi kontekstami współczesnej kultury, należałoby pochwalić obrazy absolwenta katowickiej ASP Marka Rachwalika z Kłomnic. Właściwie były to jedynie w pełni współczesne, a nawet progresywnie przyszłościowe obrazy na Bielskiej Jesieni 2017. Malowane superperfekcyjnie, jakby robił to artysta japoński, operowały charakterystycznymi jaskrawymi kolorami i perfekcyjnym wyraźnym rysunkiem, przedstawiając dziwne twory częściowo znane z popkultury, a częściowo kreowane przez artystę, zestawiane w niezwykłych ironicznych konfiguracjach. Jerzy Kosałka twierdził, że autor nawiązywał do gier komputerowych. Ja gier komputerowych nie znam w ogóle, więc dla mnie były to zupełnie świeże mocne obrazy.”
Ryszard Ziarkiewicz:
„Wśród wyróżnionych regulaminowo artystów chcę zwrócić szczególną uwagę na surrealistyczne kompozycje Marka Rachwalika, którego malarstwo jest „osobliwością” konkursu. Jego źródeł szukać trzeba w stylistyce i tematyce komiksów, filmów animowanych, gier komputerowych i reklam. Jest to cudownie kolorowa, bezpretensjonalna, surrealistyczna wizja świata tworzona przez kogoś, kto grzebie w bezkresnym cyfrowym świecie w „poszukiwaniu diamentów”. „Czasem czuję się jak śmieciarz chodzący po wysypisku obrazów, robię zdjęcia, przegrzebuję internet” – mówi Rachwalik. Piekielnie osobna, wręcz obca w polskim sosie postawa. Czy przetrwa? Ja trzymam kciuki.”
Realizacje wchodzące w skład wystawy prezentują subiektywny wgląd w przebieg tych złożonych procesów i konsekwencji wynikających z działania toksycznych związków. Historia Grzybiarza Macieja Cholewy to interpretacja gry z toksycznością, którą w życiu prowadzimy. Dla tytułowego bohatera toksyczne organizmy stanowią wyzwanie do przezwyciężenia. Artysta w swojej pracy nawiązuje do charakterystycznego sposobu narracji, znanego z filmów i książek dokumentalnych. Stosuje świadomą konfabulację i przetwarza zasłyszane historie w celu podkreślenia interesujących go wątków.
Obrazy Marka Rachwalika to próba porządkowania chaotycznego otoczenia i wytworów fantazji. Artysta sprawnie łączy elementy świata organicznego i abstrakcyjnego, mieszając je z popkulturą, groteską i osobistym doświadczeniem. Prezentuje słodki i zdradliwy smak toksyczności, której symbolem stają się grzyby - organiczne obiekty o charakterystycznym kształcie.
O dziwo, z tak dalece różnych obrazów emanuje jedna, wspólna intuicja. Jest nią nieprzystępność i tajemniczość natury. Zasieki w obrazach Kopcewicza, nieprzekraczalne bariery liści Rybki czy gobelinowe tarcze pierwotniaków Goral, niedostępne symbole Przebindowskiego czy oddzielone murem abstrakcji krzewy Patelczyka – nigdzie widz nie ma wstępu. Paradoksalnie jedynie przydomowy ogródek Rachwalika z disco-polo w tle, gdzie kwiatki rosną w doniczkach opon, a zapach kiełbasy z grilla roztacza swą poczciwą woń, serdecznie zaprasza do odwiedzin.(…)
Kiedy jako nastolatek zorientowałem się, że świat to bagno, ludzie kurwy, a miłość spotyka się tylko w snach, z pomocą przyszła muzyka metalowa. Zaczynałem ją stopniowo odkrywać pożyczając pisma muzyczne od kolegi z klasy, przegrywając kasety oraz rysując do nich okładki. Obcowanie z groźnymi minami, wyszczerzonym uzębieniem czy rozkładającymi się ciałami było jedynym sposobem na odreagowanie braku perspektyw i oswojenie samotności. I tak metal w pewien sposób ocalił moje życie, a przynajmniej pomagał mentalnie walczyć z systemem biednej, prowincjonalnej rzeczywistości doby transformacji i początków XXI wieku. W szkole podstawowej zajęcia ze sztuki prowadził nauczyciel od muzyki znający tylko Szopena i Moniuszkę, lektury były tak nudne, że nie dało się ich czytać pod groźną pobicia a większość pedagogów wpajała, że nie jesteś wart funta kłaków, jeśli nie potrafisz rozwiązać zadania z chemii i matematyki długiego na dziesięć kilometrów. Wkraczając w świat artystów, czułem się jak karaluch pośród bohemy rozprawiającej o jazzie i markowych winach. Ze swoim zamiłowaniem do turpizmu, brutalnymi okładkami Cannibal Corpse i morderczymi tekstami Yattering, metal dawał schronienie, poczucie bezpieczeństwa i akceptację ze strony innych słuchaczy, również odrzutków i odmieńców. Oswajał z bestialstwem świata, powodował, że już nic nie mogło mnie zaskoczyć. Metal, a szczególnie black metal nie jest już falą jednej z największych rebelii kulturowych końca XX wieku, w której palono kościoły i mordowano, stał się oswojoną rozrywką klasy średniej, jak określił to Łukasz Orbitowski. Jednak nadal prężnie rozwijają się nurty nawiązujące do korzeni tego stylu i prawdopodobnie co jakiś czas będzie się pojawiać kolejna wariacja niosąca pierwotnego ducha buntu. Wymyśliłem sobie, że obrazy, które namaluję, będą luźną wizualizacją poszczególnych gatunków tej muzyki, zawierającą wszystkie charakterystyczne dla nich elementy: logotypy, maskotki, muzyków, typowych fanów, ekipę techniczną, prototypowe wzmacniacze gitarowe robione na zamówienie muzyków ze wsi czy black/death metalowe machiny do mielenia ludzkiego tałatajstwa. Wizerunek jest przedstawiony w krzywym zwierciadle, bo i jakże z metalu leciutko się nie naśmiewać, jest jednak wyrazem mojej fascynacji i sentymentalnym rozrachunkiem. Obrazy są podane w kwasowym sosie, lecz z nutką narracji, której wcześniej unikałem. Absurd i ironia, będąca sposobem na uśmierzenie powagi egzystencji oraz pseudointelektualnego, pozbawionego humoru bełkotu w sztuce, miesza się z satanistyczną wzniosłością a wiejski folklor z industrialem. Jako były ministrant muszę rozliczyć się z ciemną stroną mocy. Obrazy o metalu są uszczypliwe, zahaczają o symbole powszechnie z nim kojarzone: pentagramy, odwrócone krzyże, a także o elementy pochodzące ze świata prowincji: rzeźby z opon i ozdoby ogrodowe. Rzeźby z jednej strony, ukazują dążenie człowieka do otaczania się czymś własnoręcznie przetworzonym, są próbą odnalezienia piękna w przedmiotach codziennego użytku lub nadania im drugiej funkcji, kiedy są już zepsute. To radosna ingerencja w najbliższe środowisko. Z drugiej strony jest to obraz gustu zniekształconego przez pryzmat biedy (choć pozornej, Olga Drenda w Wyrobach zaznacza, że wytwory z opon, nie wzięły się z niedostatku, lecz z czasów prosperity lat pięćdziesiątych oraz sześćdziesiątych i bumu motoryzacyjnego w Australii/łabędź i USA/flaming). Stąd część obrazów fotografuję w otoczce nawiązującej do wizerunku muzyków metalowych, wykorzystując również kontekst wiejskiego pochodzenia. W ludowym folklorze jest coś halucynogennego i chyba cały Śląsk ma to do siebie, nie tylko Grupa Janowska czy Oneiron, scena muzyczna również ma swoją psychodeliczną autonomię. Począwszy od wykonawców hip-hopowych jak Kaliber 44, po metal właśnie i takich wyróżniających się tekściarzy jak Roman Kostrzewski z legendarnego Kata, czy gromadę zespołów black metalowych z Nihilem, frontmanem Furii na czele.
EN
When as a teenager I realised that life was a total mess, people were fucked up and love existed only in dreams, metal music came with help. I was discovering it bit by bit, be it by borrowing music magazines from one of my classmates, copying cassettes or drawing album covers. Looking at those angry expressions, savagely bared teeth or decaying bodies was the only way of coping with the lack of perspective and of taming loneliness. And that's how metal music saved my life, or at least helped me fight a poor, provincial reality of the transformation era in Poland at the beginning of the 21st century. My art teacher in primary school was, in fact, a music teacher who was familiar only with Chopin and Moniuszko; the reading list was so dull that one wouldn't touch it even with a ten-foot pole, unless threatened with violence; and most teachers were trying to convince you that you were a failure if you couldn't solve a 10-page long task in maths or chemistry. When I entered into the world of artists I felt like a cockroach among the bohemians chatting about jazz and quality wines. Fortunately, metal music, with its love for turpism, with brutal Cannibal Corpse covers and murderous lyrics by Yattering, gave me shelter. And more than that; it also made me feel secure and accepted by other metalheads – often seen as weirdoes and outcasts. Thanks to it, I was getting adapted to the cruelty of the world; I could no longer be surprised and shocked by it. Metal, and black metal in particular, is no longer associated with one of the biggest culture rebellions of the end of the 20th century, whereby people were murdered and churches were burnt down. Metal music became, as Łukasz Orbitowski nicely put it, a domesticated pastime of middle classes. Still, however, the roots of black metal are strong and every now and then give a start to a variation which carries the initial rebellious spirit. So, I had this idea that my paintings should visually represent different metal genres. Such visualizations would obviously feature all the necessary metal attributes, such as a logo and a mascot, the musicians, typical fans, technical staff, prototype guitar amplifiers which were custom-made for the countryside musicians or even black/death metal machines for mincing human filth. Of course, metal music is shown in a distorting mirror here, as it's rather hard not to laugh at it a bit. Generally, however, my works express my fascination with the genre and are a sentimental account of our history together. The paintings are dipped in some acid dressing, yet with a pinch of narration which I used to avoid in the past. Absurd and irony alleviating the seriousness of existence and the pain of listening to the pseudo-intellectual mumbling about art are fused with satanic sublimity, and folklore is mixed with the industrial. As an ex altar boy, I need to settle a score with the dark side of the Force. The paintings about metal are ironic; they feature some of its well-known symbols, like pentagrams or inverted crosses, but they also show some typical countryside elements – ceramic gnomes or old tyre garden installations. On the one hand, such sculptures represent a human need to be surrounded by hand-made objects, a need to find beauty in everyday objects or to change their function when they break down – one might call it a joyful interference in the local environment. On the other hand, though, it can be seen as a lack of good taste fuelled by poverty. That's why I photograph some of my paintings in the scenery which evokes the metal aesthetics, but I also use the countryside scenery – the context of my background. There is something hallucinogenic in folklore and I guess the entire region of Silesia is characterised by it; not only Grupa Janowska or Oneiron. The music scene also has its hallucinogenic autonomy; starting with hip-hop performers, like Kaliber 44, and ending with metal music and its outstanding songwriters, like Roman Kostrzewski from the legendary KAT, or black metal bands, such as Furia with Nihil as a frontman.
• Wywiad, Sylwia Kawalerowicz, Aktivist, N.211, Warszawa, 2019
http://aktivist.pl/estetyczny-margines-wywiad-z-markiem-rachwalikiem/
• Wywiad, Aleksandra Litorowicz, 117 Notes na 6 tygodni, Warszawa, 2018
https://www.nn6t.pl/2018/10/01/postawa-mocnego-w-gebie-wiejskiego-cwaniaczka/
• Radosny metal i wściekłe króliki. Nowe malarstwo ze Śląska, Piotr Policht, Culture.pl, Warszawa, 2017
(...) Malarstwo Marka Rachwalika jest z kolei ostentacyjnie iluzyjne: laserunkowo modelowane kształty odcinają się w nim od jaskrawych teł, przypominając nieco rendery 3D. Rachwalik pozostaje
jednak blisko swojego codziennego otoczenia. Kłomnice, w których
mieszka, oraz okoliczne wsie to jedno z głównych źródeł jego inspiracji.
Fantazyjne kompozycje z pociętych i pokolorowanych na fluorescencyjne
barwy opon w przydomowych ogródkach zaludniają jego obrazy, łącząc się z
ikonografią heavymetalową. Jako miłośnik przejawów oddolnej
kreatywności i metalowej muzyki, Rachwalik łączy oba porządki w całość w obrazach takich jak "Logo i maskotki wiejskiej kapelki nu metalowej z młodą dziewczyną na wokalu". Rachwalik portretuje
wiejskie realia nie tylko w kompozycjach przypominających okładki
fikcyjnych metalowych zespołów, ale też w obrazach formalnie bliższym
ilustracjom technicznym, a także ezoterycznym kompozycjom Urbanowicza
czy teozoficznym obrazom Hilmy af Klint jak "Pestycydowy deszcz nad kartofliskiem". (...)http://aktivist.pl/estetyczny-margines-wywiad-z-markiem-rachwalikiem/
• Wywiad, Aleksandra Litorowicz, 117 Notes na 6 tygodni, Warszawa, 2018
https://www.nn6t.pl/2018/10/01/postawa-mocnego-w-gebie-wiejskiego-cwaniaczka/
• Radosny metal i wściekłe króliki. Nowe malarstwo ze Śląska, Piotr Policht, Culture.pl, Warszawa, 2017
http://culture.pl/pl/artykul/radosny-metal-i-wsciekle-kroliki-nowe-malarstwo-ze-slaska#second-menu-3
• Triumf. Wieś. Dionizje. Bartosz Zaskórski, Magazyn Szum, Warszawa, 2017
Pisząc o malarstwie Marka Rachwalika łatwo wpaść w pułapkę
pozornie oczywistych, ale nie mówiących zbyt wiele określeń, takich jak:
psychodela, surrealizm, oniryzm. Każdy z tych terminów podsuwa coś bardzo
pojemnego, wyświechtanego i mętnego, co stanowi kamuflaż słowa „dziwność”.
Jednak w malarstwie Marka (i działaniach, które temu malarstwu
towarzyszą) nie chodzi, jak sądzę, o dziwność. Nie chodzi
również o pewne popularne w polu sztuki terminy, w rodzaju
„postinternetu”, „turbokapitalizmu” albo „krytyki antropocenu”.To, co robi artysta należy odnieść do zupełnie innej kategorii – kategorii ekstatycznej. Każde z działań Marka jest odwróceniem długiej tradycji w sztuce polegającej na ubolewaniu nad faktem bycia żywym – zamiast wpisywania się w nurt bycia nieszczęśliwym, każdy obraz Marka wrzeszczy „jestem żywy i to jest wspaniałe” (...)
http://magazynszum.pl/triumf-wies-dionizje/
• Wyróżnienia i teksty z 43 Biennale malarstwa Bielska Jesień
2017
Wyróżnienie regulaminowe: „Za pomysłowość i pracowitość w
próbach przekładania medium komputerowego na malarstwo”Wyróżnienie Magazynu Szum: „Za dojrzałość i wyrafinowany w swojej kampowości język malarski oraz unikalne poczucie humoru. Artysta w swoich pracach w niepodrabialny sposób łączy potoczność z psychodelią, skrawki wernakularnej kultury wizualnej swobodnie składając w barokowe kompozycje godne malarzy z kręgu Oneironu.”
Opinie jury:
Agata Smalcerz:
„Daleko od realnego świata i jego strasznych aspektów sytuuje się malarstwo Marka Rachwalika. Jego stylistyka, z fluorescencyjnymi kolorami, trójwymiarowymi postaciami, wycyzelowanym rysunkiem, dekoracyjnością i surrealną treścią, pochodzi ze świata gier komputerowych czy innych wirtualnych bytów. Tytuły wzmacniają dowcip kompozycji, ale sugerują także, jakoby obrazy te były grafiką użytkową, wykonaną na zlecenie potencjalnych zespołów muzycznych. To zabawna gra z widzem, wnosząca dużo świeżości przez swoją bezpretensjonalność.”
Jerzy Truszkowski:
„(…) za skomplikowaną grę z intertekstowymi kontekstami współczesnej kultury, należałoby pochwalić obrazy absolwenta katowickiej ASP Marka Rachwalika z Kłomnic. Właściwie były to jedynie w pełni współczesne, a nawet progresywnie przyszłościowe obrazy na Bielskiej Jesieni 2017. Malowane superperfekcyjnie, jakby robił to artysta japoński, operowały charakterystycznymi jaskrawymi kolorami i perfekcyjnym wyraźnym rysunkiem, przedstawiając dziwne twory częściowo znane z popkultury, a częściowo kreowane przez artystę, zestawiane w niezwykłych ironicznych konfiguracjach. Jerzy Kosałka twierdził, że autor nawiązywał do gier komputerowych. Ja gier komputerowych nie znam w ogóle, więc dla mnie były to zupełnie świeże mocne obrazy.”
Ryszard Ziarkiewicz:
„Wśród wyróżnionych regulaminowo artystów chcę zwrócić szczególną uwagę na surrealistyczne kompozycje Marka Rachwalika, którego malarstwo jest „osobliwością” konkursu. Jego źródeł szukać trzeba w stylistyce i tematyce komiksów, filmów animowanych, gier komputerowych i reklam. Jest to cudownie kolorowa, bezpretensjonalna, surrealistyczna wizja świata tworzona przez kogoś, kto grzebie w bezkresnym cyfrowym świecie w „poszukiwaniu diamentów”. „Czasem czuję się jak śmieciarz chodzący po wysypisku obrazów, robię zdjęcia, przegrzebuję internet” – mówi Rachwalik. Piekielnie osobna, wręcz obca w polskim sosie postawa. Czy przetrwa? Ja trzymam kciuki.”
• Tekst do wystawy Toksyczne związki, z Maciejem Cholewą, kurator: Monika Szpener, Galeria Jedna Druga, Szczecin, 2017
Typowe definicje ujmują
toksyczność jako niepożądane działanie związków chemicznych, powodujące
zatrucie żywego organizmu i prowadzące do zaburzeń jego funkcji lub śmierci. W
przypadku ludzkich praktyk relacja z toksycznością jest bardziej złożona.
Ludzie eksperymentują z toksynami w swoim ciele, by poszerzyć sferę
psychicznych doświadczeń. Stają się one pożądanym narzędziem transcendencji
duchowej. Chemiczne związki halucynogenne stają się stymulatorem marzenia,
pozwalającym stać się kimś innym. Toksyczność może też być pojmowana czysto
psychologicznie. Zdarza się, że z przyczyn pozaracjonalnych nie jesteśmy w
stanie znieść czyjejś obecności, tłumacząc naszą niechęć toksyczną osobowością
drugiego człowieka. Z wielu przypadkach ludzie potrafią trwać w toksycznych
relacjach, mimo świadomości ich szkodliwości, na zasadzie ślepej konsekwencji.
W naszej fascynacji i lęku przed toksynami i toksycznością więcej czujemy niż
rozumiemy. Realizacje wchodzące w skład wystawy prezentują subiektywny wgląd w przebieg tych złożonych procesów i konsekwencji wynikających z działania toksycznych związków. Historia Grzybiarza Macieja Cholewy to interpretacja gry z toksycznością, którą w życiu prowadzimy. Dla tytułowego bohatera toksyczne organizmy stanowią wyzwanie do przezwyciężenia. Artysta w swojej pracy nawiązuje do charakterystycznego sposobu narracji, znanego z filmów i książek dokumentalnych. Stosuje świadomą konfabulację i przetwarza zasłyszane historie w celu podkreślenia interesujących go wątków.
Obrazy Marka Rachwalika to próba porządkowania chaotycznego otoczenia i wytworów fantazji. Artysta sprawnie łączy elementy świata organicznego i abstrakcyjnego, mieszając je z popkulturą, groteską i osobistym doświadczeniem. Prezentuje słodki i zdradliwy smak toksyczności, której symbolem stają się grzyby - organiczne obiekty o charakterystycznym kształcie.
• Tekst do wystawy zbiorowej Rośliny kochają inaczej, kurator: Jolanta Bobala, Galeria Stolarska/Krupowicz, Warszawa, 2017
(…)Ostatni z szóstki, Marek
Rachwalik, wychodzi od podobnych do Goral inspiracji i, podobnie jak w jej
przypadku, pozostaje w orbicie surrealistów, choć w psychodelicznym wydaniu. Świat
widziany pod mikroskopem stanowi jaskrawą kanwę, na której wykwitają takie
cuda, jak cyberkrab, stół do pingponga sadzący warzywa oraz loga kapeli metalowych
pochodzących ze wsi. W najnowszych obrazach Rachwalik skłania się ku malowaniu
okazów fauny typowych dla polskiej prowincji, czyli skleconych z opon ptactwa i
ryb.(…)O dziwo, z tak dalece różnych obrazów emanuje jedna, wspólna intuicja. Jest nią nieprzystępność i tajemniczość natury. Zasieki w obrazach Kopcewicza, nieprzekraczalne bariery liści Rybki czy gobelinowe tarcze pierwotniaków Goral, niedostępne symbole Przebindowskiego czy oddzielone murem abstrakcji krzewy Patelczyka – nigdzie widz nie ma wstępu. Paradoksalnie jedynie przydomowy ogródek Rachwalika z disco-polo w tle, gdzie kwiatki rosną w doniczkach opon, a zapach kiełbasy z grilla roztacza swą poczciwą woń, serdecznie zaprasza do odwiedzin.(…)
• Tekst do wystawy zbiorowej Fantastyczna chemia: dysfunkcja dysfunkcji, kuratorzy: Wiktor Kołowiecki i Karolina Plinta, Galeria Różnia, Warszawa, 2017
Gdyby Donald Trump został artystą, to jakie obrazy by malował? Kto wie, być
może podobne do tych, które mógłby stworzyć Steve Jobs ze Stevem Wozniakiem w
ekstatycznych chwilach burzy mózgów poprzedzających założenie firmy Apple. Ich
obrazy nie byłyby z kolei tak znów odległe od malarstwa Jakuba Juliana
Ziółkowskiego, który tak naprawdę ma dużo więcej wspólnego ze Zbigniewem M.
Dowigiałło, niż moglibyśmy przypuszczać, a na pewno więcej niż podejrzewa on
sam. Przykłady tego typu dwuznacznych powiązań można mnożyć, ale jeśli szukać
ich wspólnej praprzyczyny, należałoby wskazać jedną, prostą i uniwersalną dla
całej ludzkości – głód intensyfikacji.
Fantastyczna Chemia: dysfunkcja dysfunkcji to wystawa, po której latają anioły. Świat Phantastica spotyka się tu z rzeczywistością Energetica, a wyłaniająca się z niego wizualność stanowi – cytując Urszulę Kamińską z wywiadu udzielonego portalowi eprawda.pl – „idealną mieszaninę religii, transu, zabawy i biznesu”. Styl ten, nazwany przez nas roboczo „Fantastyczną Chemią”, charakteryzuje twórczość prezentowanych na wystawie artystek i artystów, którzy sięgają po niego z różnych względów. Czasem są to poszukiwania duchowe, innym razem próba kumulacji energii, fascynacja popkulturą, nostalgia za dzieciństwem, strach przed śmiercią lub chęć doświadczenia czystych emocji nieskażonych pseudointelektualnym usprawiedliwieniem.
Jako zjawisko, Fantastyczna Chemia ma swoje korzenie w starożytnych religiach natury, tradycji sztuki awangardowej, czerpie również ze spuścizny kontrkultury. Nie jest jednak ich bezpośrednią kontynuacją, ale paradoksalną odpowiedzią na wykastrowanie z naszej świadomości społecznej prawa do doświadczenia transcendentalnego. Prezentowane na wystawie prace można uznać za świadectwo poszukiwań tego utraconego dziedzictwa; co jednak zastanawiające, ich zestawienie prowadzi do wydobycia esencji estetyki czasów późnego kapitalizmu, w których emocje, jako narzędzie władzy i kontroli, zaczynają odgrywać większą niż dotychczas rolę.
Fantastyczna Chemia: dysfunkcja dysfunkcji to wystawa, po której latają anioły. Świat Phantastica spotyka się tu z rzeczywistością Energetica, a wyłaniająca się z niego wizualność stanowi – cytując Urszulę Kamińską z wywiadu udzielonego portalowi eprawda.pl – „idealną mieszaninę religii, transu, zabawy i biznesu”. Styl ten, nazwany przez nas roboczo „Fantastyczną Chemią”, charakteryzuje twórczość prezentowanych na wystawie artystek i artystów, którzy sięgają po niego z różnych względów. Czasem są to poszukiwania duchowe, innym razem próba kumulacji energii, fascynacja popkulturą, nostalgia za dzieciństwem, strach przed śmiercią lub chęć doświadczenia czystych emocji nieskażonych pseudointelektualnym usprawiedliwieniem.
Jako zjawisko, Fantastyczna Chemia ma swoje korzenie w starożytnych religiach natury, tradycji sztuki awangardowej, czerpie również ze spuścizny kontrkultury. Nie jest jednak ich bezpośrednią kontynuacją, ale paradoksalną odpowiedzią na wykastrowanie z naszej świadomości społecznej prawa do doświadczenia transcendentalnego. Prezentowane na wystawie prace można uznać za świadectwo poszukiwań tego utraconego dziedzictwa; co jednak zastanawiające, ich zestawienie prowadzi do wydobycia esencji estetyki czasów późnego kapitalizmu, w których emocje, jako narzędzie władzy i kontroli, zaczynają odgrywać większą niż dotychczas rolę.
• Tekst do wystawy Przypływ. Młoda polska sztuka współczesna, autor: Małgorzata Miśniakiewicz
Obrazy Rachwalika łączą w sobie kojarzone z tradycyjnym malarstwem kunszt, precyzję i mistrzostwo z groteskowo eklektyczną tematyką, w której swoje miejsce odnajdują tak maszyny, logotypy, abstrakcyjne grafiki, maskotki, jak i kartofliska czy fragmenty innych dzieł. Obrazy Rachwalika tworzą wielowątkowe światy w których fantastyczne współistnienie niewspółmiernych elementów bardziej niż surrealizujący kolaż przypomina długo opowiadany, absurdalny dowcip. Pokazany na wystawie tryptyk – formą nawiązujący do tradycyjnej kompozycji, której korzenie sięgają sztuki sakralnej – składa się z obrazów odnoszących się do muzyki black i death metalowej. Towarzyszą mu przegrywane kasety magnetofonowe z okładkami, które Rachwalik jako nastolatek ręcznie przerysowywał. W twórczości Rachwalika powtarzanie i przetwarzanie wizualnych fragmentów jest istotną częścią procesu, jak choćby centralny element Rzecznika dyscypliny… jest przetworzeniem XVI-wiecznej ryciny, która była również okładką albumu muzycznego. Instalację Rachwalika można odczytać w kontekście roli, jaką ciągłość i jednoczesna zmiana, powtórzenie i reinterpretacja, pełnią zarówno w twórczości konkretnego artysty, jak i w sztuce, a nawet szerzej, w kulturze wizualnej.
• Tekst do wystawy pt. Rolnicza kawaleria Marka autorstwa prof. Andrzeja Tobisa, 2016.
• Recenzja, Mądrala, pestycydowy deszcz i zagłada dzików
(PDM), Zuzanna Sokołowska, artPAPIER,
2016
Marek Rachwalik
to artysta nieprzewidywalny. Jego obrazy, pełne fantastycznych kształtów i
konstrukcji, tętniące feerią intensywnych, drażniących oko kolorów, to
niekończąca się przygoda. Tajemnicze mechanizmy oraz fascynacja
środowiskiem, zwłaszcza wodnymi stworzeniami o opływowych kształtach i gibkich
ruchach, współtworzą malarski eksperyment Rachwalika, którego pasją wydaje się
nie malarstwo, lecz konstruowanie maszyn, mających ułatwić życie na łonie
natury. Jednakże los bywa przewrotny – zaskakujące odkrycia artysty znajdują
swój wyraz tylko w jaskrawych, perfekcyjnie namalowanych obrazach. A szkoda, bo
jego najnowsza wystawa, „Panzer Division Marek”, którą właśnie można oglądać w
katowickim Rondzie Sztuki, to prawdziwa „jazda bez trzymanki”.
Realizacje artysty, przypominające szalone, narkotyczne wizje (mimo iż Rachwalik stroni od wszelkiego rodzaju używek), to surrealistyczna podróż do krainy, w której rozrzuca się marsjański obornik, a stół do ping ponga sadzi warzywa. „Przyroda zawsze była mi bliska, gdyż wychowałem się z dala od dużego miasta. Jako dziecko interesowałem się planszami biologicznymi i geologicznymi, ale także rycinami dziwnych mechanizmów. Na początku studiów poznałem natomiast dokonania takich twórców, jak Moebius, Franz Ackerman czy Joan Ponç, które zrobiły na mnie duże wrażenie. Inspiruje mnie też literatura science fiction. Wszystko to razem ma wpływ na moje prace. Lubię bawić się wizualną tkanką biologicznego języka, przesączonego dorobkiem surrealizmu i abstrakcji” (Stalmierska) – opowiada o swojej twórczości artysta.
Rachwalik zachłannie obserwuje rzeczywistość. Nieustannie wymyśla, konstruuje i analizuje, tworząc prototypy urządzeń oraz nowe gatunki, takie jak „Koralowiec do odstraszania dzików” (2011). Tytuły jego realizacji także są nieprzypadkowe. Początkowo wydają się niekompatybilne z oglądanymi obrazami, z czasem jednak okazują się trafnym i niezwykle błyskotliwym komentarzem do twórczości artysty. „Mądrala tłumaczy, jak strumień czasu żłobi ścianę teraźniejszości” (2013) czy „Ni ma wersalki substancjalnej, jes tylko suma tapicerskich elementów postrzegania” (2014) to obrazy, które wizualnie dalekie są od filozoficznych rozważań nad materią świata. Na próżno widz szuka w nich oświeconego ważniaka czy wygodnej kanapy – Rachwalik maluje organiczne, nitkowate i grzybopodobne kształty rodem z laboratorium szalonego naukowca, gdzie wszelkie prawa nauki i logiki zostały zaburzone. Albo stworzone od nowa pod dyktando obłąkanego demiurga.
Nic w obrazach artysty nie jest takie, jakie się wydaje. Plan dyslokacji wojsk okazuje się metaforyczną mapą świadomości, a tabor skunksów leci kapsułą, by zbadać, czy stadko tłuściutkich dziczków jest ukraińskim czasownikiem. Zdezorientowany widz bez wątpienia uczestniczy w pozbawionym oczywistego sensu malarskim spektaklu z pogranicza egzotycznej jawy i snu, w którym zostają uruchomione najgłębsze, w żaden sposób niekontrolowane pokłady świadomości. To zarazem malarska medytacja, jak i ekstaza.
Niespożyta energia artysty, tak widoczna na jego obrazach, to nieustanny proces zmagania się z własną wyobraźnią, w której coraz mniej pozostaje ze świata, który go otacza. Na szczęście, bo Rachwalik po prostu „chce robić, to co chce” (Zaskórski). Jego bezkompromisowe, intrygujące malarstwo obezwładnia zmysły, nie dając o sobie szybko zapomnieć. Tymczasem po wyjściu z galerii odurzony i subtelnie zdezorientowany widz ponownie zderza się z ponurym, pozbawionym nasyconych kolorów światem, który w porównaniu z szalonymi wizjami artysty wydaje się przeraźliwie nudny.
Realizacje artysty, przypominające szalone, narkotyczne wizje (mimo iż Rachwalik stroni od wszelkiego rodzaju używek), to surrealistyczna podróż do krainy, w której rozrzuca się marsjański obornik, a stół do ping ponga sadzi warzywa. „Przyroda zawsze była mi bliska, gdyż wychowałem się z dala od dużego miasta. Jako dziecko interesowałem się planszami biologicznymi i geologicznymi, ale także rycinami dziwnych mechanizmów. Na początku studiów poznałem natomiast dokonania takich twórców, jak Moebius, Franz Ackerman czy Joan Ponç, które zrobiły na mnie duże wrażenie. Inspiruje mnie też literatura science fiction. Wszystko to razem ma wpływ na moje prace. Lubię bawić się wizualną tkanką biologicznego języka, przesączonego dorobkiem surrealizmu i abstrakcji” (Stalmierska) – opowiada o swojej twórczości artysta.
Rachwalik zachłannie obserwuje rzeczywistość. Nieustannie wymyśla, konstruuje i analizuje, tworząc prototypy urządzeń oraz nowe gatunki, takie jak „Koralowiec do odstraszania dzików” (2011). Tytuły jego realizacji także są nieprzypadkowe. Początkowo wydają się niekompatybilne z oglądanymi obrazami, z czasem jednak okazują się trafnym i niezwykle błyskotliwym komentarzem do twórczości artysty. „Mądrala tłumaczy, jak strumień czasu żłobi ścianę teraźniejszości” (2013) czy „Ni ma wersalki substancjalnej, jes tylko suma tapicerskich elementów postrzegania” (2014) to obrazy, które wizualnie dalekie są od filozoficznych rozważań nad materią świata. Na próżno widz szuka w nich oświeconego ważniaka czy wygodnej kanapy – Rachwalik maluje organiczne, nitkowate i grzybopodobne kształty rodem z laboratorium szalonego naukowca, gdzie wszelkie prawa nauki i logiki zostały zaburzone. Albo stworzone od nowa pod dyktando obłąkanego demiurga.
Nic w obrazach artysty nie jest takie, jakie się wydaje. Plan dyslokacji wojsk okazuje się metaforyczną mapą świadomości, a tabor skunksów leci kapsułą, by zbadać, czy stadko tłuściutkich dziczków jest ukraińskim czasownikiem. Zdezorientowany widz bez wątpienia uczestniczy w pozbawionym oczywistego sensu malarskim spektaklu z pogranicza egzotycznej jawy i snu, w którym zostają uruchomione najgłębsze, w żaden sposób niekontrolowane pokłady świadomości. To zarazem malarska medytacja, jak i ekstaza.
Niespożyta energia artysty, tak widoczna na jego obrazach, to nieustanny proces zmagania się z własną wyobraźnią, w której coraz mniej pozostaje ze świata, który go otacza. Na szczęście, bo Rachwalik po prostu „chce robić, to co chce” (Zaskórski). Jego bezkompromisowe, intrygujące malarstwo obezwładnia zmysły, nie dając o sobie szybko zapomnieć. Tymczasem po wyjściu z galerii odurzony i subtelnie zdezorientowany widz ponownie zderza się z ponurym, pozbawionym nasyconych kolorów światem, który w porównaniu z szalonymi wizjami artysty wydaje się przeraźliwie nudny.
• Recenzja, Reflektor, autor: Adam Barabasz, Katowice, 2016.
(...) Wystawa prezentowana w Rondzie Sztuki
obejmuje około dwadzieścia prac, które powstawały w latach 2010-2015.
Ich główną wspólną cechą jest tradycyjna technika – olej na płótnie.
Wybór takiego rozwiązania staje w opozycji do awangardowych form, które
prezentowane są na obrazach. Olej pozwala na osiągnięcie głębokiego detalu, który odgrywa ogromną rolę w twórczości Rachwalika.
Dzięki skupieniu na szczególe, wyimaginowany i nierealny świat artysty,
składający się z błon, komórek i najdziwniejszych konstrukcji, staje
się prawdziwy. Z kolei paleta barw oddala go od rzeczywistości i
prowadzi ku syntetycznym, czystym kolorom, którym bliżej do
uproszczonych grafik aniżeli do słynnych dzieł malarstwa olejnego.
Na początku moich studiów zainteresowałem się twórczością kilku malarzy, którzy pracowali w ten sposób, np. pracami Franka Ackermanna, tworzącego w Monachium artysty średniego pokolenia – powiedział Rachwalik – na początku moje obrazy były większe. Refleksja nad detalem i zmniejszenie formatu przyszły z czasem. Korzeni malarstwa tego twórcy można doszukiwać się w surrealizmie, który przejawia się w formach i konstrukcjach, choć sama atmosfera twórczości jest zgoła inna. Obrazy artysty w swoim odrealnieniu przy jednoczesnym skupieniu się na detalu, przywołują prace Beksińskiego. Tak, jak już zostało to wspomniane, sztuka Rachwalika uderza w radośniejsze tony poprzez paletę i nawiązanie do komiksu.
Choć autorowi przypisywana jest inspiracja popkulturą, sam artysta nie uważa, że jest to główne źródło jego twórczości. Mimo że nie pozostaje obojętny na popkulturalne wpływy, nie są one najważniejsze w jego artystycznej percepcji. Ciekawostką wystawy są prezentowane okładki kaset magnetofonowych zespołów metalowych, które w czasach szkolnych kopiował ręcznie młody artysta – w ten sposób rozpoczęła się jego przygoda ze sztuką. Wpływy subkultury metalowej widoczne są w powtarzających się motywach czaszek i pewnej dozie makabreski, która w znaczący sposób cechuje sztukę Rachwalika.
http://www.rozswietlamykulture.pl/reflektor/2016/01/20/syntetyka-wyobrazni-wernisaz-wystawy-marka-rachwalika/ Na początku moich studiów zainteresowałem się twórczością kilku malarzy, którzy pracowali w ten sposób, np. pracami Franka Ackermanna, tworzącego w Monachium artysty średniego pokolenia – powiedział Rachwalik – na początku moje obrazy były większe. Refleksja nad detalem i zmniejszenie formatu przyszły z czasem. Korzeni malarstwa tego twórcy można doszukiwać się w surrealizmie, który przejawia się w formach i konstrukcjach, choć sama atmosfera twórczości jest zgoła inna. Obrazy artysty w swoim odrealnieniu przy jednoczesnym skupieniu się na detalu, przywołują prace Beksińskiego. Tak, jak już zostało to wspomniane, sztuka Rachwalika uderza w radośniejsze tony poprzez paletę i nawiązanie do komiksu.
Choć autorowi przypisywana jest inspiracja popkulturą, sam artysta nie uważa, że jest to główne źródło jego twórczości. Mimo że nie pozostaje obojętny na popkulturalne wpływy, nie są one najważniejsze w jego artystycznej percepcji. Ciekawostką wystawy są prezentowane okładki kaset magnetofonowych zespołów metalowych, które w czasach szkolnych kopiował ręcznie młody artysta – w ten sposób rozpoczęła się jego przygoda ze sztuką. Wpływy subkultury metalowej widoczne są w powtarzających się motywach czaszek i pewnej dozie makabreski, która w znaczący sposób cechuje sztukę Rachwalika.
• Artykuł w ŚląskieTrendy.pl. Katowice, 2016.
(...) W jego twórczości wyraźnie czuć ducha złotej epoki psychodelii, a z drugiej strony- głęboką fascynację naturą, biologią. To z pewnością jeden z najbardziej wyrazistych artystów młodego pokolenia.
http://slaskietrendy.pl/panzer-division-marek-wystawa-w-rondzie-sztuki/
• Artykuł w Wyborcza pl. Katowice, 2016.
(...) W swej twórczości wykorzystuje motywy z popkultury, lubuje się w
makabrze, czerpie inspiracje z psychodelii, nieobca mu groteska. Do
własnych wizji wplata fragmenty maszyn i rysunki techniczne instalacji.
• Wywiad dla Portalu Katowickiego, 2015.
http://portalkatowicki.pl/kultura/sztuki-wizualne/wystawy/5465-panzer-division-marek
• Tekst do wystawy pt. Panzer Division Marek autorstwa Bartosza Zaskórskiego, 2015.
Andrzej Tobis swoją recenzję dyplomu Marka zaczął od
słów „Marek to tajemniczy człowiek...”. Nie jest to jednak prawda. Nie
jest również prawdą, jakoby Marek uprawiał działalność artystyczną.
Rachwalik od wielu lat nie namalował żadnego obrazu, właściwie jest
wątpliwe, czy kiedykolwiek to robił. Czym zatem zajmuje się ten człowiek?
Marek pochodzi ze wsi Kłomnice, tam również mieszka. Zainteresował się tworzeniem, kiedy w roku 1998 pożyczył od kolegi album metalowego zespołu Blood, wydany na kasecie. Wzorując się na działaniach polskiego artysty-fałszerza, Roberta Kuśmirowskiego, Marek postanowił podrobić wydawnictwo: przegrał taśmę i skopiował okładkę za pomocą kredek i długopisu. Powstało dzieło do złudzenia przypominające oryginał. Dzięki niemu Marek dostał się do liceum plastycznego. Tam kontynuował kopiowanie okładek, doskonalił się również w rysunku postaci oraz malowaniu martwych natur. Już wtedy w pracach Marka można było zauważyć różne dziwne mechanizmy: zębatki, przekładnie, tranzystory, czasem coś o kształcie przypominającym pług albo kosę. Nie wiadomo skąd się tam brały. O ile jaskrawą kolorystykę jego dzieł można było wyjaśnić obcowaniem Marka z okładkami takich zespołów jak Protector czy Kat, tak obecności fragmentów nieznanych urządzeń na obrazach oraz rysunkach Marka nie dało się niczym uzasadnić. Bezradni nauczyciele podchodzili do modeli i martwych natur szukając najmniejszych śladów rurek, kabelków, cewek, oporników. Na próżno. Rozkładali bezradnie ręce. Tymczasem twórczość Marka została stopniowo zdominowana przez prototypowe mechanizmy niewiadomego przeznaczenia. Na studiach, dla niepoznaki, Rachwalik przez pewien czas ukrywał to, co później okaże się fragmentami autorskich maszyn rolniczych, w formach przypominających jednokomórkowe stworzenia, o których artysta ze skupieniem słuchał na lekcjach biologii jeszcze w czasach podstawówki. Młody twórca marzył wówczas, żeby stać się jedną z tych istot i przemierzać bezkresne głębiny niczym łódź podwodna, więc te skojarzenia są tutaj jak najbardziej na miejscu. Należy jednak pamiętać, że w głębi tych wakuoli i wodniczek tętniących, za nieprzebytą barierą błony komórkowej, tak jak w czarnym sercu samego Marka, skrywała się szlachetna konstrukcja nieprzejednanego silnika typu wolnossącego, z zapasem momentu obrotowego 12%, ZETOR 5201. Artysta-konstruktor ofiarował swój talent, rozum i duszę tej technologii, przełamując rolniczy marazm postkolonialnej, polskiej rzeczywistości. Porzucił możliwość kariery artystycznej na rzecz budowania niespotykanych dotąd urządzeń, które ułatwiłyby trud wiejskiego życia. Niestety, decyzja Marka nie zawsze spotykała się z życzliwością. Wystarczy wspomnieć zasadzkę zorganizowaną na krótko po studiach Marka przez środowisko artystyczne związane z pewną aglomeracją miejską: próbowano wtedy artystę zwabić i uwięzić w odłowni dla dzików. Nikt nie przewidział jednak, że Marek posiada zdolność przechodzenia przez ogrodzenie, co pozwoliło mu się uwolnić w ciągu kilku godzin. W drodze powrotnej postanowił sprawić sobie prezent w postaci czekolady, którą zjadł sam. Albowiem przewrotnym mottem Marka jest „ja chcę robić to, co chcę”.
Podsumowując: Marek poświęcił swoje życie nie sztuce, ale konstruowaniu eksperymentalnych maszyn rolniczych. Do jego najbardziej udanych realizacji należą takie urządzenia, jak: Zbieracz kleszczy z kłomnickich łąk (2006), Zautomatyzowany mechanizm kopiący w polu (2010), Stół do pingponga, który sadzi warzywa (2011) oraz Wielka maszyna, która nie robi nic (2014). Nie należy zapominać o Kosiarce, która posiada specjalny uchwyt do odpoczywania w trakcie pracy.
Do innych aktywności Marka należy zaliczyć: granie w pingponga (stąd wspomniana maszyna), spędzanie czasu z przyjaciółmi, Marcelem Boguckim oraz Jarkiem Wiewiórowskim oraz zabawę z psem. Oprócz tego Marek gra na perkusji i fujarce w amatorskiej kapeli black metalowej, której teksty opisują trud chłopskiego życia, tak bliskiego bohaterowi niniejszego tekstu.
Marek pochodzi ze wsi Kłomnice, tam również mieszka. Zainteresował się tworzeniem, kiedy w roku 1998 pożyczył od kolegi album metalowego zespołu Blood, wydany na kasecie. Wzorując się na działaniach polskiego artysty-fałszerza, Roberta Kuśmirowskiego, Marek postanowił podrobić wydawnictwo: przegrał taśmę i skopiował okładkę za pomocą kredek i długopisu. Powstało dzieło do złudzenia przypominające oryginał. Dzięki niemu Marek dostał się do liceum plastycznego. Tam kontynuował kopiowanie okładek, doskonalił się również w rysunku postaci oraz malowaniu martwych natur. Już wtedy w pracach Marka można było zauważyć różne dziwne mechanizmy: zębatki, przekładnie, tranzystory, czasem coś o kształcie przypominającym pług albo kosę. Nie wiadomo skąd się tam brały. O ile jaskrawą kolorystykę jego dzieł można było wyjaśnić obcowaniem Marka z okładkami takich zespołów jak Protector czy Kat, tak obecności fragmentów nieznanych urządzeń na obrazach oraz rysunkach Marka nie dało się niczym uzasadnić. Bezradni nauczyciele podchodzili do modeli i martwych natur szukając najmniejszych śladów rurek, kabelków, cewek, oporników. Na próżno. Rozkładali bezradnie ręce. Tymczasem twórczość Marka została stopniowo zdominowana przez prototypowe mechanizmy niewiadomego przeznaczenia. Na studiach, dla niepoznaki, Rachwalik przez pewien czas ukrywał to, co później okaże się fragmentami autorskich maszyn rolniczych, w formach przypominających jednokomórkowe stworzenia, o których artysta ze skupieniem słuchał na lekcjach biologii jeszcze w czasach podstawówki. Młody twórca marzył wówczas, żeby stać się jedną z tych istot i przemierzać bezkresne głębiny niczym łódź podwodna, więc te skojarzenia są tutaj jak najbardziej na miejscu. Należy jednak pamiętać, że w głębi tych wakuoli i wodniczek tętniących, za nieprzebytą barierą błony komórkowej, tak jak w czarnym sercu samego Marka, skrywała się szlachetna konstrukcja nieprzejednanego silnika typu wolnossącego, z zapasem momentu obrotowego 12%, ZETOR 5201. Artysta-konstruktor ofiarował swój talent, rozum i duszę tej technologii, przełamując rolniczy marazm postkolonialnej, polskiej rzeczywistości. Porzucił możliwość kariery artystycznej na rzecz budowania niespotykanych dotąd urządzeń, które ułatwiłyby trud wiejskiego życia. Niestety, decyzja Marka nie zawsze spotykała się z życzliwością. Wystarczy wspomnieć zasadzkę zorganizowaną na krótko po studiach Marka przez środowisko artystyczne związane z pewną aglomeracją miejską: próbowano wtedy artystę zwabić i uwięzić w odłowni dla dzików. Nikt nie przewidział jednak, że Marek posiada zdolność przechodzenia przez ogrodzenie, co pozwoliło mu się uwolnić w ciągu kilku godzin. W drodze powrotnej postanowił sprawić sobie prezent w postaci czekolady, którą zjadł sam. Albowiem przewrotnym mottem Marka jest „ja chcę robić to, co chcę”.
Podsumowując: Marek poświęcił swoje życie nie sztuce, ale konstruowaniu eksperymentalnych maszyn rolniczych. Do jego najbardziej udanych realizacji należą takie urządzenia, jak: Zbieracz kleszczy z kłomnickich łąk (2006), Zautomatyzowany mechanizm kopiący w polu (2010), Stół do pingponga, który sadzi warzywa (2011) oraz Wielka maszyna, która nie robi nic (2014). Nie należy zapominać o Kosiarce, która posiada specjalny uchwyt do odpoczywania w trakcie pracy.
Do innych aktywności Marka należy zaliczyć: granie w pingponga (stąd wspomniana maszyna), spędzanie czasu z przyjaciółmi, Marcelem Boguckim oraz Jarkiem Wiewiórowskim oraz zabawę z psem. Oprócz tego Marek gra na perkusji i fujarce w amatorskiej kapeli black metalowej, której teksty opisują trud chłopskiego życia, tak bliskiego bohaterowi niniejszego tekstu.
Obecnie Marek poszukuje inwestorów celem sfinansowania swoich projektów.
• Artykuł w miesięczniku Czas Na Wnętrze, marzec, autor: Małgorzata Stalmierska, Warszawa, 2014.



http://czasnawnetrze.pl/malarstwo-polskie/sylwetki-artystow/15613-na-wysypisku-obrazow-marek-rachwalik
• Recenzja prof. Andrzeja Tobisa - praca magisterska 2012.
Marek Rachwalik to tajemniczy człowiek. Milczący i
skupiony. Posiada rzadką dziś wśród młodych artystów umiejętność bardzo
głębokiej koncentracji. Ta zdolność jest dla Marka Rachwalika tak naturalna, że
niewiadomo czy w stosunku do specyficznego charakteru jego malarstwa jest ona
skutkiem czy przyczyną. Myślę, że rozstrzyganie tej kwestii nie jest
najistotniejsze. Ważne (choć nie najważniejsze) jest to, że forma i metoda
idealnie harmonizują z jego naturą. Najważniejsze natomiast (szczególnie z
punktu widzenia odbiorcy) jest to, co w wyniku takiej koncentracji powstaje,
czyli – jakie są, i czym są obrazy wydobyte z takiej głębi. W większym lub
mniejszym stopniu skazani tu jesteśmy na spekulacje. Można pokusić się o
hipotezę, że obrazy Marka Rachwalika są wizualizacjami bardzo głęboko
skoncentrowanego umysłu, wizualizacjami medytacji. Mocnym poparciem takiej tezy
jest fakt, że z całą pewnością praca nad tego rodzaju obrazami musi przypominać,
czy wręcz musi być w swej istocie medytacją. Bez wejścia w stan medytacji
powstanie takich obrazów trudno sobie wyobrazić. O medytacji można między
innymi powiedzieć, że jest ona zawieszeniem umysłu w czasie. W stanie medytacji
czas przestaje istnieć w sposób do którego jesteśmy na co dzień przyzwyczajeni.
W tym kontekście, ciekawym wizualnym skojarzeniem jest podobieństwo fraktalnych
struktur obrazów Marka Rachwalika z popularnymi kiedyś wizualizacjami
pojawiającymi się na ekranie komputera, który po długotrwałym bezruchu
przechodził w stan hibernacji, a jego zawieszony w czasie „umysł” zaczynał śnic
fraktale przy pomocy specjalnego programu. To skojarzenie jest bardzo
niedoskonałe, ciekawe jest jednak dla mnie właśnie ze względu na fakt sposobu
wizualizowania istnienia poza czasem. Na szczęście, o ile mi wiadomo Markowi
Rachwalikowi nikt żadnego komputerowego wizualnego programu nie wgrywał. W
związku z tym odbiorcy pozostawiona jest przyjemność stawiania pytań, skąd
biorą się wizje z jego obrazów. W moim odczuciu, mamy tu do czynienia z dwoma
źródłami. Jedno bije w kulturze, drugie bije w naturze. Źródło kulturowe
prowadzi nas do złotej epoki psychodelii, programowo penetrującej granice
ludzkiego umysłu, czyli do lat 60. i 70. XX wieku. W tym czasie wszelkie sztuki
wizualne, a w szczególności sztuki użytkowe - plakat, ilustracja, animacja,
jawią się z dzisiejszej perspektywy jak ciąg pulsujących i wirujących
kolorowych eksplozji. Obraz Marka Rachwalika mógłby się znaleźć na okładce
magazynu ALFA, i byłaby to najlepsza,
najbardziej psychodeliczna okładka w jego krótkiej historii. Myślę że Marek
Rachwalik zna i ceni wizualnego ducha tamtych czasów. Sam w swej pracy pisemnej
dużo miejsca poświęca też surrealizmowi, jako punktowi odniesienia. Istotnie,
to co w latach 60. i 70. wprost i nie bez racji nazywano wizją narkotyczną,
miało swój początek w surrealizmie, w którym wizje nieśmiało nazywano jeszcze
„oniryczną”. Ponadto praca pisemna pokazuje, że Marek Rachwalik orientuje się
we współczesnych echach historycznych psychodelicznych zrywów.
Wydaje mi się
jednak, że o autonomiczności malarstwa Marka Rachwalika świadczy drugie z
wymienionych wcześniej źródeł, czyli natura. Przede wszystkim, dlatego, że jest
to źródło bijące w każdym miejscu i czasie, także tu i teraz. Jestem
przekonany, że Marek Rachwalik kontempluje naturę, jego obrazy o tym świadczą,
są bardzo biologiczne. W sposób oczywisty kojarzą się z mikroświatem fauny i
flory. Marek Rachwalik schodzi głęboko, pobiera niedostępne dla przeciętnego
człowieka próbki. Pobraną próbkę bada i obserwuje. Powiększa i ostatecznie
przenosi na płótno. Malowanie to tylko ostatni z wielu pośrednich etapów. Etap
stosunkowo prosty. Najtrudniejsze było skonstruowanie batyskafu i specjalnego mikroskopu.
My jako odbiorcy, niekoniecznie musimy do tego batyskafu wsiadać. Możemy sobie
rzecz uprościć i spróbować w obrazach Marka Rachwalika zobaczyć podobieństwo,
swoisty rezonans pomiędzy ludzkim umysłem w stanie medytacji a naturą. W tym
sensie dyplom Marka Rachwalika może mieć dla odbiorcy znaczenie poznawcze. A osiowość,
hieratyczność i monumentalizm ostatnich kompozycji, zdają się sugerować coraz
większy podziw i szacunek autora do natury. I to też jest dobra nauka.
Dyplom Marka Rachwalika jest moim zdaniem bardzo
interesujący. Oceniam go bardzo wysoko.
• Fragment tekstu Jerzego Truskowskiego pt. Od autoportretu do tłumu, od realizmu do abstrakcji z katalogu Promocje 2013.
Marek Rachwalik w jednym obrazie wykorzystał bardzo skomplikowane nawarstwianie linii oraz figur. Wykorzystał doświadczenia pop-artu oraz ilustracji science fiction w bardzo oryginalnym autorskim ujęciu zarówno formy jak i treści. Można umieścić ten obraz zarówno w tendencji abstrakcyjnej, jak i surrealistycznej. Przedstawione elementy techniczne jak z filmów z połowy XX wieku - futurologia łącząca maszyny z elementami biologicznymi, wstęgami (kablami) i wyładowaniami elektrycznymi. Na drugim obrazie sugestie biologiczne łączą się z liniami czysto abstrakcyjnymi.
• Akcja O!braz-Bilbord, ul. Chorzowska, Katowice, 2013.
• Tekst do wystawy Barbary Bigosińskiej i Marka Rachwalika pt. ZOOM.

14 października - 4 listopada 2011
Galeria+, Rondo Sztuki, Katowice
ZOOM.
To zbliżenie.
To zwielokrotnione odczuwanie.
Wyostrzone zmysły.
Precyzja.
Inny świat.
To zbliżenie.
To zwielokrotnione odczuwanie.
Wyostrzone zmysły.
Precyzja.
Inny świat.
Prace przedstawione na wystawie ZOOM tworzą odseparowany świat detali, w którym każdy szczegół ma kolosalne znaczenie. Autorzy kreują fantastyczną bajkową rzeczywistość, która w różnej mierze inspirowana jest zwyczajnością i codziennością. To świadomość i sposób postrzegania decyduje o tym, co faktycznie widzimy.
Cykl obrazów Barbary Bigosińskiej to intymna wycieczka racjonalnej projektantki, która eksploruje własną wyobraźnię. Jest to dziwna podróż, która - choć niezaplanowana – paradoksalnie owocuje koherentną wizją. Obrazy nie były odgórnie przemyślanymi kompozycjami lecz efektem eksperymentu na tworzeniu swobodnym-intuicyjnym, co nie znaczy – bezmyślnym.
Tymczasem prace Marka Rachwalika są rezultatem operowania szczególną wizualną gramatyką malarskiego języka. Często są one kolażem wygenerowanym ze świata technicyzacji, form biologiczno-organicznych z domieszką mikro- i makrostrukturalnej tkanki. Kalejdoskopowe kompozycje, dziwaczne hybrydy nowych stworzeń o przejaskrawionej kolorystyce wciągają w psychodeliczną podróż po strefach załamanej czasoprzestrzeni.
• David Lynch i Hotel Landszaft, tekst do wystawy.
Od 23 listopada do 5 stycznia, Galeria+, Rondo Sztuki, Katowice, 2009.
Niepewność
Pokój Marty Abramowicz Ślady krwi na podłodze sugerują, że w hotelowym pokoju dokonała się zbrodnia. Nie mamy jednak pewności, czy nie podlegamy halucynacjom, czy sceny przemocy, do jakich doszło w tej przestrzeni, nie są jedynie sennym omamem. Fabuła filmów Davida Lyncha wymyka się logicznej interpretacji, niczego nie można tu być pewnym, także tożsamości bohaterów. Nikt nie jest tym, za kogo się podaje. Kim jest kobieta widoczna na zawieszonych w pokoju zdjęciach? Czy bohaterki Zaginionej autostrady, Renee i, bliźniaczo do niej podobna, a zarazem będca jej przeciwienństwem, Alice, to jedna i ta sama osoba? Widzowie nie otrzymują na te pytania jednoznacznej odpowiedzi, rzeczywistość pozostaje wieloznaczna.
Red Room
Pokój Piotra Ceglarka. W interaktywnej instalacji z użyciem projekcji czasu rzeczywistego widzowie zostają umieszczeni do przestrzeni jednego z pokoi, w których rozgrywa się akcja Miasteczka Twin Peaks. Jednak, wbrew pozorom, celem tych działań nie jest ich przeniesienie w filmową fikcję, lecz odsłonięcie prawdy o nich samych. W psychoanalizie istotą mechanizmu projekcji jest pozbycie się zagrażających równowadze psychicznej pragnień, myśli czy uczuć przez przypisanie ich innym osobom czy rzeczom. To, co wyparte ze świadomości, kryjące się w cieniu mroczne pożadania i obsesje, w mechanizmie obronnym są przypisywane innym, by ego mogło dokonać integracji niebezpiecznych dla siebie treści i tym samym byśmy mogli stać się pełną osobami.
Nawarstwienia
Pokój Gosi Kulik i Łukasza Rzytki Na zawieszone w antyramach rysunki symbolizujące to, co utrwalone w kulturze, rzeczywistość mitów i legend, nakładają się pozornie chaotyczne obrazy malarskie. Zza warstw żywych, wpisanych w rytm codziennego życia wydarzeń wyłaniają się archetypiczne wyobrażenia. Wychodząc z założenia, że tożsamość języka i kultury konstytuowana jest przez sferę mitów, artyści akcentują podobienstwo wizualne obu sfer, oddzielonych od siebie jedynie cienką warstwą szyby. To, co już się dokonało, przeszłość, łączy się z tym, co potencjalne, co dopiero wydarzy się w przyszłości. Schematy ulegają nieustannej transformacji, prawda jest nierozróżnialna od fałszu, a głębia okazuje się być konsekwencją wielowarstwowości, powstaje z kolejnych nawarstwień tego, co powierzchowne i naskórkowe. Znaczenia wędrują poprzez warstwy, splatając się w płynnej tkance czasowości.
Koszmar
Pokój Ronnie Deelena. Bohaterowie filmów Davida Lyncha zamknięci są w labiryntach, z których nie ma wyjścia. W tych misternie skonstruowanych przestrzeniach–pułapkach wszyscy są nieustannie śledzeni, obserwowani, podglądani. Niczym w Benthamowskim Panoptikonie przed wzrokiem nadzorcy nie ma ucieczki, ale – co uzmysławia instalacja Ronnie Deelena - koszmarem jest nie tylko bycie oglądanym, lecz także oglądanie, prowadzące do schizofrenii ukradkowe podpatrywanie cudzych snów i podświadomych wyobrażeń.
Przeniesienie
Pokój Piotra Herli. W wypełniających pomieszczenie realistycznych obrazach bohaterowie filmów Davida Lyncha zostali umieszczeni w polskich realiach. Typowe dla twórczości amerykańskiego reżysera połączenie różnych planów istnienia uległo wzmocnieniu za sprawą przeniesienia ich w odmienne niż w pierwowzorze realia społeczno-kulturowe. Poczucie dziwności istnienia nie zniknęło, przeciwnie, nasiliło się, uświadamiając nam, że mroczne historie rozgrywajace się w filmach Lyncha w scenerii amerykańskich miasteczek, mogą mieć miejsce wszędzie, mogą przydarzyć się naszym znajomym i nam samym.
Wyobraźnia
Pokój Marka Rachwalika. Każdy zakamarek hotelu przywołuje inną historię, związany jest z innymi postaciami, innymi wymiarami rzeczywistości. W sitodrukach i malarstwie Marka Rachwalika zaczerpnięty z fantastyki naukowej obraz świata przyszłości, tajemniczej, pustynnej planety Arrakis, miesza się ze scenami rodem z sennych koszmarów. W tej hipnotycznej, nierealnej przestrzeni wszystko wydaje się możliwe, zarówno podróże międzygwiezdne, jak i wyprawy w głąb ludzkiego umysłu, jedyną dla nich granicę wyznacza wyobraźnia widzów.
Zawładnięcie
Pokój Agaty Raweckiej Rozpanoszone wszędzie malarstwo szczelnie wypełnia przestrzeń pomieszczenia. Jest wszędzie, na ścianach, podłodze, suficie i meblach przeniesionych w trójwymiarową przestrzeń galerii z płaszczyzn obrazów. Malarskie wizje wypełniają niemalarską rzeczywistość, zawłaszczają ją i podporządkowują sobie. Podobnie jak w filmach Davida Lyncha, niczym nieskrępowana wyobraźnia artystki wciaga widzów w alternatywne światy wzrokowych pułapek i sennych omamów.